czwartek, 19 listopada 2015

It is, what it is.

Ten post miał wyglądać zupełnie inaczej.
Miałam świętować swoją "studniówkę" w USA i opalać się w listopadzie nad basenem.
Jestem w Polsce a do USA nie wracam przez najbliższych kilkanaście miesięcy.

WOW.

Życie jest nieprzewidywalne, kopie czasem mocno w tyłek i wydaje ci się, że już nigdy nie będzie lepiej. Mało tego, zaczynasz szukać winnych, obrażasz się na cały świat, płaczesz w poduszkę i wyrzucasz sobie, że "gdybym wtedy.."


Kiedy dotarło do mnie, że muszę skończyć swój pobyt w Ameryce dużo wcześniej, niż planowałam, poczułam się jak balonik, z którego uszło powietrze. Pognałam w swoje ulubione miejsce, usiadłam na trawie i najzwyczajniej w świecie się rozpłakałam. Łzy spływały mi po policzkach tak długo, aż dotarło do mnie, że przygląda mi się mój wykładowca. Podszedł do mnie z uśmiechem na ustach i mimo, że był w garniturze, umościł się wygodnie na trawie, tuż obok mnie. Pełna konsternacji, próbowałam doprowadzić się do porządku, nie histeryzować a już na pewno powstrzymać nadchodzące spazmy. Nic to nie dało. Andy machnął ręką, położył się obok i powiedział: You can cry. If that's what you need, just do it.

Spędziliśmy razem dwie godziny, podczas których na przemian śmiałam się i płakałam. Co chwilę wydmuchiwałam nos (pozdro600 dla tych, którzy wiedzą, jak subtelna wtedy potrafię być..), wycierałam łzy, i znowu śmiałam się, czując jak pod powiekami wzbiera kolejna fala tsunami. Pokrętna kobieca logika.
Kiedy tylko próbowałam sklecić jakąś dłuższą wypowiedź, oczy zachodziły mi słonymi kroplami i już nic nie byłam w stanie z siebie wykrztusić.

Kiedy się rozstawaliśmy, Andy uśmiechnął się szeroko, przytulił mnie jak własną córkę (którą spokojnie mogłabym być, bo on sam ma ok. 65 lat) i powtórzył coś, co powiedział na pierwszych zajęciach:

"It is, what it is."

Chciałam tupnąć nogą, zaprzeczyć i powiedzieć, żeby się wypchał, a najlepiej dał mi święty spokój, bo to nie on musi rzucić wszystko i wracać do kraju. Chyba zauważył, że wzbiera we mnie potężna fala gniewu, bo czym prędzej mocniej mnie przytulił i pozwolił, żebym kompletnie zasmarkała mu krawat i koszulę. Staliśmy tak dobrą chwilę, a co najdziwniejsze - w ogóle nie czułam się zażenowana, wręcz przeciwnie, to było to, czego potrzebowałam.

Kiedy spacerowaliśmy w stronę mojego auta, Andy dodał coś jeszcze:

"This is really simple. Life isn't always easy, breezy, sweet and soft. But you have to get up and fight, honey. This is your life, and don't forget how much you love it, how much you're appreciate it."

Dlatego walczę, bo ja się tak łatwo nie poddaję.
Jestem szczęśliwa, bo wiem, że postąpiłam słusznie, bo wiem, że moje życie, mimo, że czasem pokrętne, jest M O J E.
Pełne wzlotów, upadków, łez, śmiechu, jest pełne, od a do z.

I mimo, że jestem teraz w zupełnie innym miejscu, niż sobie założyłam, kompletnie się tym nie przejmuję. Dlaczego? Zwyczajnie wiem, że robienie planów, jakichkolwiek, nie ma najmniejszego sensu. Liczy się to co jest TU i TERAZ.


I na koniec: pozdrawiam wszystkich tych, którzy z taką "radością i satysfakcją" opowiadają o moim niespodziewanym powrocie, nie mając zielonego pojęcia, co tak naprawdę wydarzyło się w moim życiu.
Życzę Wam więcej słońca i tego, żebyście byli szczęśliwi. Ale przynajmniej wiem, że podążam w dobrym kierunku, skoro doczekałam się swoich własnych hejterów :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz