czwartek, 19 listopada 2015

It is, what it is.

Ten post miał wyglądać zupełnie inaczej.
Miałam świętować swoją "studniówkę" w USA i opalać się w listopadzie nad basenem.
Jestem w Polsce a do USA nie wracam przez najbliższych kilkanaście miesięcy.

WOW.

Życie jest nieprzewidywalne, kopie czasem mocno w tyłek i wydaje ci się, że już nigdy nie będzie lepiej. Mało tego, zaczynasz szukać winnych, obrażasz się na cały świat, płaczesz w poduszkę i wyrzucasz sobie, że "gdybym wtedy.."


Kiedy dotarło do mnie, że muszę skończyć swój pobyt w Ameryce dużo wcześniej, niż planowałam, poczułam się jak balonik, z którego uszło powietrze. Pognałam w swoje ulubione miejsce, usiadłam na trawie i najzwyczajniej w świecie się rozpłakałam. Łzy spływały mi po policzkach tak długo, aż dotarło do mnie, że przygląda mi się mój wykładowca. Podszedł do mnie z uśmiechem na ustach i mimo, że był w garniturze, umościł się wygodnie na trawie, tuż obok mnie. Pełna konsternacji, próbowałam doprowadzić się do porządku, nie histeryzować a już na pewno powstrzymać nadchodzące spazmy. Nic to nie dało. Andy machnął ręką, położył się obok i powiedział: You can cry. If that's what you need, just do it.

Spędziliśmy razem dwie godziny, podczas których na przemian śmiałam się i płakałam. Co chwilę wydmuchiwałam nos (pozdro600 dla tych, którzy wiedzą, jak subtelna wtedy potrafię być..), wycierałam łzy, i znowu śmiałam się, czując jak pod powiekami wzbiera kolejna fala tsunami. Pokrętna kobieca logika.
Kiedy tylko próbowałam sklecić jakąś dłuższą wypowiedź, oczy zachodziły mi słonymi kroplami i już nic nie byłam w stanie z siebie wykrztusić.

Kiedy się rozstawaliśmy, Andy uśmiechnął się szeroko, przytulił mnie jak własną córkę (którą spokojnie mogłabym być, bo on sam ma ok. 65 lat) i powtórzył coś, co powiedział na pierwszych zajęciach:

"It is, what it is."

Chciałam tupnąć nogą, zaprzeczyć i powiedzieć, żeby się wypchał, a najlepiej dał mi święty spokój, bo to nie on musi rzucić wszystko i wracać do kraju. Chyba zauważył, że wzbiera we mnie potężna fala gniewu, bo czym prędzej mocniej mnie przytulił i pozwolił, żebym kompletnie zasmarkała mu krawat i koszulę. Staliśmy tak dobrą chwilę, a co najdziwniejsze - w ogóle nie czułam się zażenowana, wręcz przeciwnie, to było to, czego potrzebowałam.

Kiedy spacerowaliśmy w stronę mojego auta, Andy dodał coś jeszcze:

"This is really simple. Life isn't always easy, breezy, sweet and soft. But you have to get up and fight, honey. This is your life, and don't forget how much you love it, how much you're appreciate it."

Dlatego walczę, bo ja się tak łatwo nie poddaję.
Jestem szczęśliwa, bo wiem, że postąpiłam słusznie, bo wiem, że moje życie, mimo, że czasem pokrętne, jest M O J E.
Pełne wzlotów, upadków, łez, śmiechu, jest pełne, od a do z.

I mimo, że jestem teraz w zupełnie innym miejscu, niż sobie założyłam, kompletnie się tym nie przejmuję. Dlaczego? Zwyczajnie wiem, że robienie planów, jakichkolwiek, nie ma najmniejszego sensu. Liczy się to co jest TU i TERAZ.


I na koniec: pozdrawiam wszystkich tych, którzy z taką "radością i satysfakcją" opowiadają o moim niespodziewanym powrocie, nie mając zielonego pojęcia, co tak naprawdę wydarzyło się w moim życiu.
Życzę Wam więcej słońca i tego, żebyście byli szczęśliwi. Ale przynajmniej wiem, że podążam w dobrym kierunku, skoro doczekałam się swoich własnych hejterów :)

niedziela, 4 października 2015

Krótko i na temat :)

Październik.
Ale, że..JAK?
Długo zbierałam się do napisania dzisiejszej notki, ciągle coś mi przeszkadzało, a to słońce wyciągające na zewnątrz, rolki, deskorolka (!!!!), piłka do kosza, buty do biegania..Wszystkie te rzeczy mają magiczną moc przyciągania mnie do siebie każdego dnia. Sama już nie wiem, jak i kiedy zleciał mi cały wrzesień.
Czy nie dziwi fakt, że u mnie nadal słonecznie, gorąco, czasem tak bardzo, że marzę o wejściu do lodówki..;)
Ostatnie prawie trzy tygodnie to powolne przygotowywanie się do Halloween! Oni tak bardzo celebrują to święto, że w sklepach można kupić dosłownie wszystko o smaku dyni lub z motywem dyni, w kolorze dyni.. Trochę mnie to śmieszy, bo nie jestem wielką fanką dyni, lub jak mówią to Amerykanie: "You're not a huge pumpkin person, don't ya?". No, I'm not. Pewnie dlatego, że u nas w Polsce dynia nie jest tak popularna. Ale jest za to bardzo zdrowa i jakoś w przyszłym tygodniu mam zamiar zrobić prawdziwe "pumpkin pie". Jako, że lepiej piekę, niż gotuję, mam nadzieję, że obejdzie się bez kuchennej katastrofy.

Kilka dni temu, po raz pierwszy od 10 miesięcy, spadł tutaj deszcz. Żadne kropienie, tylko regularny deszcz przez jakieś 30 minut. Jechałam sobie spokojnie na zajęcia, a ludzie autentycznie zatrzymywali się na środku drogi, wysiadali z aut i patrzyli w niebo. Coś niesamowitego. Następnego dnia rano pokropiło, sytuacja z wysiadaniem z aut znowu się powtórzyła, a o godz. 10 zniknęły wszystkie chmury, na niebo wskoczyło słońce i grzało do wieczora. No i tyle widzieliśmy deszcz.

Po prawie dwóch miesiącach tutaj mogę powiedzieć, że czuję się, jak w domu. Nie używam już nawigacji jeżdżąc po Menlo i najbliższych okolicach, zdałam egzamin na kalifornijskie prawo jazdy, prowadzę krótkie, niezobowiązujące rozmowy z wszystkimi, napotkanymi osobami, zaczynając od standardowego: "Hi, how are you?" Mój angielski nadal się rozwija, a ja czuję się naprawdę spełniona. Kursy szybkiego czytania, na których byłam w Polsce, doskonale się tutaj sprawdzają. Od czasu przylotu przeczytałam już 13 książek, a panie w księgarni i bibliotece to moje najlepsze koleżanki, plotkujemy dosłownie o wszystkim i już załapałam się na 15% zniżkę w księgarni!

Zaczął się bardzo intensywny okres zajęć, co bardzo mnie cieszy! Stanford, uczelnia na której mam zaszczyt się uczyć (O M G !!!!!!!!!!!) to moje ulubione miejsce. Kto by pomyślał, że uczelnia stanie się miejscem, do którego będę szła z ogromną ochotą? Brawo Marta :) Wraz z parkiem i całym mnóstwem pięknych uliczek, tworzy niesamowite studenckie miasteczko. Jedne z moich ulubionych zajęć: budowanie kariery w sporcie -  dają mi poczucie, że jestem we właściwym miejscu, że robię to, co mnie interesuje, robię to dla siebie.
Mogłabym tak pisać w nieskończoność, o tym, jak mi dobrze. Jak zachwycam się wszystkim dookoła, jak dojrzewam, zmieniam się, buduję siebie i sprawiam, że życie tutaj płynie w zawrotnym tempie.
Ale..po co?:) Życzę Wam wszystkim, bez wyjątku, żebyście odnaleźli siebie w życiu. Nie szukajcie szczęścia, miłości, bogactwa. Poszukajcie samych siebie, wtedy wszystko stanie się piękniejsze. A jeśli nie chcecie, uważacie, że to bez sensu, że nie warto - wasz wybór.

Hej, Życie! Kocham Cię :)

niedziela, 13 września 2015

Santa Cruz, Stanford Football Game, Kwatera główna Google i parę innych:)

Z przyjemnością stwierdzam, że w ciągu ostatnich dwóch tygodni działo się tyle wspaniałych rzeczy, że nawet nie wiem kiedy znalazłam się w połowie września! :O
Fantastyczni ludzie, niesamowite miejsca, żar lejący się z nieba i uśmiech nieschodzący z twarzy. Będę mieć od tego zmarszczki, ale po kolei!

Dwa tygodnie temu postanowiłyśmy pojechać do Santa Cruz. Miejsce słynące z dobrych warunków dla surferów oraz dla wszystkich tych, którzy chcą aktywnie odpocząć, lub po prostu poleniuchować na piasku.
Droga minęła nam przyjemnie, w rytm najnowszych przebojów, które oczywiście śpiewałyśmy lepiej, niż ich oryginalni wykonawcy (ktoś w to wątpi?!)
Santa Cruz przywitało nas ogromną dawką słońca i..chłodnym wiatrem. Nie taki był nasz plan. Lekko podminowane ruszyłyśmy w kierunku plaży. Palmy, palmy, jeszcze raz palmy. Musicie wiedzieć, że mam na ich punkcie lekką obsesję. Pewnie dlatego, że nie mamy ich w Polsce. Im bliżej plaży, tym cieplej. Byłam tak podekscytowana, że udało nam się tutaj dotrzeć, że z wrażenia zapomniałam robić zdjęcia. Mam ich tylko troszkę! Na plaży spędziłyśmy kilka godzin, napawając się szumem oceanu i rozmawiając z przypadkowo poznanymi ludźmi.


Pierwszy rzut oka w kierunku plaży. PALMY!
Im bliżej, tym lepiej:)



Zawsze jak oglądałam amerykańskie filmy, w których ocean odgrywał ważną rolę, w tle zawsze pojawiały się boiska do siatkówki, wesołe miasteczka etc. No i oto jestem, w Santa Cruz, mieście niemal całkowicie wyjętym z moich planów filmowych. Czy życie może być piękniejsze?








Moje towarzyszki: Alyssa z Canady, Annika z Niemiec :)

Troszkę oceanu. ZIMNEGO!



Ci ludzie po prawej stronie tańczą. Na plaży. Uczą się. No i fajnie.



No i ja. Selfie rządzi:)




Z racji tego, że ten weekend był wydłużony o poniedziałek (Labor Day) postanowiłam wybrać się do kwatery głównej Google.
Tutaj nikogo nie dziwi to, że mają u siebie to miejsce. No ale jak to?! Kurka siwa, przecież ja korzystam z Google średnio kilka razy dziennie. Mapy, wszelkiej maści zapytania, a mój nowy telefon to ma nawet taką opcję, że jak powiem: where can I find jordan shoes, odpowiada mi: OK, I found this on the web for: No i odsyła do wujka Google'a. Idealnie!
Poza tym, przyznajcie się, ilu z Was, gdy czegoś nie wie, sięga po jego pomoc?:> Dlatego jak sami widzicie wycieczka tam była obowiązkiem!

Wskoczyłam na rower, pognałam na stację i pociągiem ruszyłam do Mountain View. Jechałam jakieś 15 min, a za bilet zapłaciłam 4$ (tzw. daypass) Kiedy wysiadłam z pociągu, oczywiście z pomocą Google Maps udałam się w miejsce mojego przeznaczenia, lol :D
Po drodze mijałam np. siedzibę NASA!



Było piekielnie gorąco, ale jednocześnie naprawdę przyjemnie, ciągle przyzwyczajam się do tej pogody tutaj. Droga z pociągu do kwatery Google to bardzo fajna trasa rowerowa, z mnóstwem podjazdów, także zmęczyłam się solidnie, mimo, że były to tylko 4 mile w jedną stronę.
Pierwszy punkt: ulica Google!





Kwatera główna.


Na terenie Google, prócz całego mnóstwa rowerów znajduje się kilka boisk do gier zespołowych takich jak siatkówka, koszykówka, jednym zdaniem wszystko, czego dusza zapragnie, by zrelakswać się w trakcie pracy, lub po jej zakończeniu.
Google, jako firma o charakterze międzynarodowym, bardzo dba o swój wizerunek. Jedną z ważniejszych kwestii jest ochrona środowiska. Tutaj w Mountain View wprowadzają innowacje w tym zakresie, by wszystkim żyło się przyjemniej. Są z tego bardzo dumni, co widać poniżej;)






 






"Android lawn statues"
Tutaj polecam poczytać o co dokładnie chodzi, pokrótce powiem, że to miejsce, w którym znajdują się figury bazujące na systemie operacyjnym Android. (Dlaczego znajdują się tu słodkości - poczytajcie!) ;)












Kolejne dni mijały mi z prędkością światła. Nim się obejrzałam byłam już jedną nogą w kolejnym weekendzie, a co za tym idzie: mecz footballu amerykańskiego.

Football w stanach to prawie jak religia, nie żartuję. Na dwie, trzy godziny przed meczem ludzie gromadzą się wokół stadionów, przywożą ze sobą swoje wielkie telewizory (jeśli nie udało im się kupić biletów), rozpalają grille, rozkładają leżaki i spędzają wspólnie czas. To był pierwszy mecz sezonu, Stanford Cardinal vs UCF. Na szczęście wiem, o co chodzi w tym sporcie. Rozumiem co touchdown, sudden death, field goal, safety..W gimnazjum byłam na obozie z amerykanami. Oni mają bzika na punkcie tego sportu:)

Jesteśmy już na stadionie, mamy naprawdę dobre miejsca. Występy cheerledearek, orkiestr. To prawdziwe święto. Najpierw hymn w wykonaniu chóru Stanford University.



video

A tutaj kilka słów ode mnie:


video




Kiedy pisałam, że dla nich to niemal jak religia, nie żartowałam. Zawodnicy zaraz po tym, jak wbiegną na boisko, klękają na jedno kolano i się modlą. Do kogo? Trudno powiedzieć, wiem jedno, tutaj wielu ludzi jest bardzo wierzących, ale tak jak wspominałam w poprzednim poście - w co i jak wierzysz, nikogo to nie interesuje;)

video

No i trochę zdjęć ze stadionu i nie tylko:)




Razem z Josefin i Alyssą.


Przed wyjściem na mecz, humory nam dopisywały - jak codziennie! Kiedy ma się tak wspaniałych ludzi dookoła i jest się w cudownym miejscu, nie sposób się nie uśmiechać!:)


Na zakończenie - same przyjemności. 
Ostatnie dni były naprawdę upalne. Temperatura sięgała 40 st., żar lał się z nieba i jedyne o czym marzyłam to klimatyzacja w moim pokoju. Jednego dnia kiedy odbierałam Nadię ze szkoły,siedziałam na murku w cieniu i trzymałam na kolanach torebkę. Podszedł do mnie starszy Pan i z uśmiechem na ustach spytał, czy może mam w swojej torebce klimatyzację. Wybuchnęłam śmiechem, a zaraz potem dodałam teatralnym szeptem, że owszem, dlatego tak kurczowo się jej trzymam;)) Wracając do upałów, trzeba było sobie jakoś radzić, dlatego kilka dni z rzędu spędzałam w taki właśnie sposób:)

video


Stay tuned!:)

czwartek, 3 września 2015

O wszystkim i niczym

Dzisiejszy post to będzie taki mały misz - masz;)

Ci z Was, którzy interesują się moim życiem, wypytują jak mi tutaj, jak sobie radzę itp. Żeby nie odpowiadać kilka razy tak samo, postanowiłam zebrać to w jeden zbiorczy post:)
No to lecimy z tematem;)

1. Jak jest Twoja rodzina?
To pytanie pojawia się najczęściej. Cóż. Jak już wspominałam moja host mom jest kobietą, z którą rozumiem się bez słów. Śmiejemy się z tych samych rzeczy, lubimy to samo jedzenie, krytykujemy te same postawy życiowe innych ludzi. Nie mogłam trafić lepiej. Moje host kid - dziewczynka, lat 9. Bardzo mądra i sprytna, powiedziałabym przebiegła. Manipulantka do potęgi, bardzo często próbuje postawić na swoim, ale nie ze mną te numery. Hej, ten kto mnie zna, wie, że mam za sobą 2 lata pracy jako opiekunka, 3 kolejne w przedszkolu, więc opieka nad jednym dzieckiem to naprawdę "piece of cake" ;)

2. Pokażesz mi swój dom/samochód/host mom/host kid?
NIE. A dokładniej - nie widzę w tym większego sensu:)

3. Ty tam nic nie robisz!
To trochę zarzut, ale cóż. Nic to za dużo powiedziane. Mam tu po prostu póki co bardzo dużo wolnego czasu, ale spokojnie, za dwa tygodnie zaczyna mi się nauka, więc nie będę codziennie chodzić na plażę, no może co drugi dzień....:) Będę śpiewać, grać w koszykówkę i siatkówkę, a przy okazji uczyć się ciekawych rzeczy o świecie. I bardzo nie mogę się tego doczekać!

4. Jak tam jest?
Pytanie rzeka, taka też będzie odpowiedź;) Jest pięknie, inaczej niż w Polsce, zachwycająco, nieustannie ciepło, nieustannie słonecznie. Nic dziwnego skoro mamy lato, ale to ciepło tutaj, jest zupełnie inne od tego w Polsce. Codziennie mamy około 27 stopni, bezchmurne niebo i bardzo przyjemne powietrze. Jest sucho, nie duszno i nie wilgotno. Nie tylko w powietrzu, ale ogólnie. Tutaj nie padało od dobrych 10 miesięcy. Mówią, że żółć i brąz to nowa zieleń. Trawa wypalona do żywego.  Cała masa odkrytych basenów, w których pływam co drugi dzień, przy okazji - woda w basenach jest słona a nie chlorowana. Truskawki dostępne przez cały rok, mocno dojrzałe awokado, produkty, których nie ma w Polsce - zwłaszcza słodycze!
Wiewiórki! Cała masa! Kiedy tylko próbuję zrobić jakiejś fotkę, skubana ucieka. Te tutaj są szare i bardzo szalone. I są dosłownie wszędzie. Biegają po kablach telefonicznych, dachach aut i domów.

Cała masa życzliwości. Przykład z wczoraj - spaceruje, słucham muzyki, a raczej staram się, bo co chwilę ktoś się uśmiecha, zagaduje. Niesamowite. Czuje się trochę jak w swoim własnym niebie. W sklepie zakumplowałam się ze sprzedawczynią, była taka wspaniała, że użyczyła mi swojej pracowniczej zniżki na MOJE zakupy, dzięki temu zamiast 35$ zapłaciłam ok. 18-20. Kto tak robi?!
Brak chodników:D To śmieszne, ale jest ich tu naprawdę mało, dlatego chyba odkąd przyjechałam do Menlo Park wzbudzam zainteresowanie na ulicach, bo jestem jedną z niewielu, która tu spaceruje. Ludzie dosłownie się za mną oglądają, co na początku mocno mnie dziwiło i zastanawiałam się - może jestem brudna/nieuczesana/cokolwiek. W każdym razie już przywykłam do tych spojrzeń, ach ta sława..;) Oni poruszają się tu głównie autami/rowerami. Jeśli rowerek to obowiązkowo w kasku, inaczej czeka nas wysoki mandat!

5.Czy oni naprawdę są tacy grubi?
Hmm no ciężko mi się wypowiedzieć, bo tutaj tak naprawdę ciężko o puszystych ludzi. W Californii panuje prawdziwy kult zdrowego ciała. Wieczorem jest naprawdę tłoczno na ścieżkach rowerowych/biegowych. Jak byłam w SF, spotkałam bardzo dużo otyłych osób, ale to już takie przypadki, gdzie naprawdę patrzysz i zastanawiasz się, jak ten ktoś funkcjonuje, bo widać, że ma problemy z poruszaniem się, a to już przypadki chorobliwe.
Oczywiście McDonald's znajduje się tutaj w każdej miejscowości, myślę, że jeśli pojadę kiedyś na pustynię Mojave również znajdę tam Mac'a lub Burger King'a.. Ale tak jak wspomniałam, panuje tutaj kult zdrowego ciała, dlatego mogę zdecydowanie powiedzieć, że u mnie w okolicy otyłych ludzi brak:)

Poza tym wszystkim co tu napisałam, nie wiedzieć kiedy i jak minął mi (PRAWIE) miesiąc.
Kiedy byłam na szkoleniu, bardzo dużo rozmawialiśmy o adaptacji, o tym, co będziemy przeżywać w USA. Nasze emocje porównane zostały do szalonej przejażdżki rollercoasterem.
Będzie różnie, kiedy już poczujecie się pewnie, coś pójdzie nie tak. Wasz pobyt tutaj to wzloty i upadki, bez tego nie jesteście w stanie się zaadaptować. Tak nam mówiono.
Pierwszy etap to tak zwany "honeymoon". Jesteś zachwycona USA. Podoba Ci się absolutnie wszystko, a to co Ci się nie podoba uznajesz za różnicę kulturową. Trwasz w tym stanie tydzień, dwa, kilka miesięcy.
Później pojawia się tzw. "culture shock". Nie wierzysz w to, co widzisz na ulicy, dziwisz się wszelkiej maści odmiennym zachowaniom, wydaje ci się, że mieszkańcy USA nie pochodzą z tej samej planety, co ty.
"Homesick" - coś, czego boi się większość au pair. Tęsknisz za wszystkim co związane z domem. Za ulubioną poduszką, łóżkiem, obiadem w ulubionej knajpie, wieczornymi wyjściami ze znajomymi. Brakuje Ci sąsiadów i oddałabyś wszystko, by choć na 1 dzień wrócić do kraju.
"Adaptation". Czujesz się w USA, jak u siebie. Zazwyczaj wtedy, przychodzi moment, że musisz wracać do kraju. Ironia losu?:)

Kiedy wracasz do ojczyzny przeżywasz te samą falę uczuć. Znowu masz honeymoon, bo wróciłaś do domu, słyszysz swój język, masz ulubione knajpy tuż obok i przyjaciół na wyciągnięcie ręki. Po chwili uderza w ciebie culture shock. Irytuje cię jak ludzie mogą zachowywać się w taki, a nie inny sposób, do którego przywykłaś przez ostatni rok.
Homesick. Brakuje Ci bycia au pair, tęsknisz za Ameryką, chciałabyś wrócić choć na jeden dzień. Adaptation. Już jest dobrze, przywykłaś do swojego kraju na nowo. I zazwyczaj wtedy myślisz o tym, by znowu wyjechać. Ironia losu?:)

Pewnie pojawia się w waszych głowach pytanie na którym znajduję się etapie, lub odpowiedzieliście sobie, przekonani w 100% o swojej racji, że mam nieustanny honeymoon, bo wszystko mnie tu zachwyca.
Odpowiem tak - czasami musisz wyjechać, by docenić pewne rzeczy. I by zostać docenionym. Tak stało się w moim przypadku. To część naszego dorastania. Mimo niecałych 25 lat - jeszcze jakiś miesiąc z kawałkiem i stuknie mi ćwierćwiecze:O - wiem, czego chcę od życia. Nie zgadzam się na półśrodki, niedociągnięcia, nie zgadzam się na rzeczy robione na poczekaniu, nie zgadzam się na bycie byle kim i na byle jakość w moim życiu.
Chcę mocniej, bardziej i więcej. Wiele razy słyszałam, że to niemożliwe, że życie składa się z porażek, wielu upadków. Nie neguję tego. Porażki powinny być dla nas lekcją, popełniane błędy chwilą na zastanowienie się, czy podążamy w dobrym kierunku. To wszystko nas buduje.
Punktem zwrotnym w moim życiu było poznanie kogoś z zewnątrz. Fantastycznie jest mieć świadomość, że jest ktoś, kto wymaga od Ciebie tyle co Ty sam, lub więcej. Kto popycha cię do rozwoju, ochrzani kiedy trzeba i wyciągnie dłoń, by pomóc zrobić kolejny milowy krok. To musi działać w dwie strony, to bardzo ważne. I wiem jedno, nigdy nie byłam bardziej świadoma tego, co zrobić, by być szczęśliwą. To długofalowy proces i nieustannie uczę się wielu rzeczy na swój temat. Przeżywam swoje upadki i wyciągam z nich ważne informacje na swój temat. Ale jestem tu i teraz.


Jeśli macie jakieś dodatkowe pytania, piszcie pod postem, postaram się zaspokoić Waszą ciekawość;)
Stay tuned:)

niedziela, 30 sierpnia 2015

San Francisco - Święty Franciszek? :D

TAK!
Wizyta w San Francisco już za mną! Nim jednak opiszę jak był wspaniale (a BYŁO!!!!!) muszę podzielić się kilkoma ciekawostkami z życia w USA, które poczyniłam w przeciągu ostatnich kilku dni, mianowicie:
- wszyscy się do siebie uśmiechają, zagadują i nie sposób milczeć z kompletnie obcą osobą dłużej niż 2 minuty. Kiedy już odpowiesz na standardowe "hi, how are you" i przypadkiem ktoś wyczuje, że nie jesteś stąd, lub wyłapie to z kontekstu rozmowy, masz przechlapane:D Od dwóch tygodni nie robię nic innego, tylko opowiadam historię swojego przylotu tutaj. OMG, you're from Poland, where is Poland?, how long you've been here?, how do you like it so far?, you're an au pair? How AWESOME is that!!!! No i tak to się toczy.
CIEKAWOSTKA? Mamy w Polsce renifery. Poszukajcie jakiegoś i zróbcie mu zdjęcie bo do czasu mojego wylotu, żadnego nie widziałam. Amerykanie i ich wiedza o świecie..Tak bardzo geografia ;_;
- oni naprawdę zaczynają dzień od kawy w starbucks'ie, przy okazji omawiając aktualne ruchy na scenie politycznej. Jak nie wiesz na kogo głosujesz, tym lepiej dla ciebie. Posłuchasz wielu ciekawostek, a co najfajniejsze, nikt ci nie powie, że jesteś głupi, bo np. wolisz inną partię niż jego.
- szacunek. SZA CU NEK. Pod wieloma względami. Przede wszystkim nikogo nie obchodzi tutaj jakiego jesteś wyznania, równie dobrze, możesz wierzyć w Kevin'a Spacey'ego :), czy jesteś biały, czarny, różowy, wytatuowany od stóp do głów, a włosy masz zielone, lub nie masz ich wcale. Nikt się za nikim nie ogląda, nawet jeśli mija Cię facet w poranniku i crocsach z kubkiem kawy w ręku. Szanują cię takiego, jakim jesteś.
Pamiętajcie, że piszę o swojej miejscowości, nie wiem co dzieje się na wschodnim wybrzeżu, w Bostonie, czy np. na Florydzie;) Szacunek przede wszystkim.
- automatyczna skrzynia biegów. No po prostu NOBLA temu, który to wynalazł, tutaj o manualu słyszały dinozaury, lub ludzie spoza USA.

San Francisco przywitało nas słoneczną pogodą, byłyśmy cholernie podekscytowane, bo czym prędzej chciałyśmy znaleźć się jak najbliżej Golden Gate Bridge i innych atrakcji! Nasze emocje próbował ostudzić kierowca busa, informując, że dostanie się w okolice GGB zajmie nam minimum godzinę. Zignorowałyśmy go. SAN FRANCISCO - NADCHODZIMY!

Po godzinie (kierowca busa miał rację..) znalazłyśmy się w okolicach Lombard Street. Był to pierwszy przystanek na naszej wycieczkowej mapie.
Lombard Street to ulica w północnej części San Francisco. Jeden z jej odcinków znajduje się na osiedlu Russian Hill - czyli tam, gdzie byłyśmy i znany jest jako "najbardziej poskręcana ulica na świecie".
Kilka ciekawostek z internetu:
- ulica jest jedną z lokacji w grze "Tony Hawk's Pro Skater"
- pojawia się w filmie Disneya The Love Bug (1969).
- ulica i trudność kierowania po niej są sparodiowane przez Bill'a Cosby'ego w skeczu Driving in San Francisco.
Spytajcie cioci Wikipedii, na pewno chętnie Wam odpowie. Poniżej kilka fotek:)
 Na dwóch zdjęciach, na których jestem za moimi plecami rozciąga się widok na zatokę, ocean i wyspę, na której znajduje się najsłynniejsze więzienie - Alcatraz.
Alcatraz (posłużyłam się internetem, nie myślcie, że jestem aż tak mądra..No może :P) –wyspa w zatoce SF. W języku hiszpańskim zwana jest Wyspą Głuptaków, a w angielskim nazywana także Skałą. Znajduje się na niej nieczynne już więzienie o zaostrzonym rygorze, działające od 1934 do 1969 roku. Dwie najciekawsze informacje:
- Na wyspę trafiło ponad 1500 kryminalistów. Na trzech więźniów przypadał jeden strażnik.
- Jednym z pierwszych więźniów, którzy przybyli do Alcatraz, był Al Capone. Akurat o num polecam poczytać;)
Alcatraz w filmach:
- Zbieg z Alcatraz
- Ptasznik z Alcatraz
- Twierdza
- Ucieczka z Alcatraz
- Twierdza
I wiele innych:)


Zaraz po wizycie na Lombard Street, poszłyśmy coś zjeść. San Francisco słynie z dobrej kuchni, jako, że nie chciałyśmy wydawać majątku na posiłek - każda z nas oszczędza na podróż po USA, którą odbędziemy po zakończeniu naszego rocznego pobytu tutaj (CAN'T WAIT!!!!) postanowiłyśmy zjeść coś na szybko. Padło na burgera. No i cóż mogę powiedzieć. W moim prywatnym zestawieniu, burger w SF może się schować przed burgerem, którego jadłam pewnego lipcowego wieczora w Krakowie. Tyle w temacie jedzenia.
Posilone, pognałyśmy w kierunku GGB. Pognałyśmy to za dużo powiedziane, bo chodzenie po SF do najłatwiejszych nie należy. Pod górkę, z górki, chwilę na płasko, znowu pod górkę.
Zrobiłyśmy w sobotę prawie 10 mil pieszo! Na dowód print screen z mojego telefonu:)


Kiedy wędrowałyśmy brzegiem oceanu wypatrywałyśmy GGB, który POWINIEN już dawno być idealnie widoczny. Ehe. Nie tym razem. Naszym oczom ukazała się jedna wielka chmura.


Bezchmurne niebo i jedna, wielgachna chmura, przypominająca mgłę, która jak na złość zasłaniała nasze miejsce docelowe! Are you f.cking kidding me? Każda z nas wypowiedziała to zdanie minimum kilkanaście razy.
Kiedy zbliżałyśmy się w stronę mostu, chmury zaczęły się rozwiewać, nagle. Coś niesamowitego. Specjalnie dla nas, tego jestem pewna;))
A potem było już tylko piękniej!
Golden Gate został oddany do użytku w 1937 roku. Golden Bridge jest bardzo ważnym węzłem komunikacyjnym. Będąc także jednym z głównych celów wycieczek turystycznych jest uczęszczany rocznie przez miliony użytkowników. Miesięcznie przejeżdża po nim około 3,4 mln samochodów i liczba ta ciągle wzrasta. Oprócz tego, że jest jednym z najwyższych mostów na świecie, ustanowił też niechlubny rekord. Do tej pory z Golden Gate skoczyło już ponad 2000 samobójców z czego ponad 1500 zmarło. Golden Gate w filmach:
- Brudny Harry
- Wywiad z wampirem
- Pełna chata
- Hulk
- Detektyw Monk
- Czarownice
I wiele innych:)
W drodze powrotnej zahaczyłyśmy o Painted Ladies. Przepiękne domy w stylu wiktoriańskim. Koniecznie poczytajcie!


Na koniec mam dla Was jeszcze jedną rzecz;) Enjoy!

video

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam!
Szykuję się na kolejny fantastyczny dzień w Californii, ze świadomością, że wczoraj znowu spełniłam swoje marzenie - rozpieszczam się! :)
Stay tuned!

czwartek, 27 sierpnia 2015

California!

08/13/15 nadszedł jeden z ważniejszych dni w naszej podróży. Czwartek był dniem, w którym opuszczałyśmy hotel i udawałyśmy się do swoich host rodzin. Część z nas podróżowała pociągiem, inne (jak ja) musiały lecieć samolotem, po niektóre hości przyjeżdżali do hotelu.
Podzielili nas na grupy i po lunchu miałyśmy chwilę na to, by się ze sobą pożegnać. Aż trudno uwierzyć, ale przez 4 dni zdążyłyśmy się ze sobą bardzo mocno zżyć.

Jako, że na zachodnie wybrzeże leciało kilka z nas, razem czekałyśmy na wywołanie nas z pokoju. Posyłałyśmy sobie nerwowe uśmiechy i w duchu liczyłyśmy na to, że może jednak odwołają nasz lot. Gdybyśmy wiedziały, co przeżyjemy na lotnisku, biłybyśmy się mocno w pierś za te myśli, już w hotelu..

Droga na lotnisko miała minąć szybko, maksymalnie godzina i powinnyśmy być na miejscu.
Godzina zmieniła się w półtorej, półtorej w dwie.
Samolot odlatywał o 6:10 pm.
4:40 pm - stoimy w korku, kierowca naszego autobusu jest mega wyluzowany. Ten ich amerykański chill. Zaczynam się stresować.
Zapomniałabym. Nie byłyśmy odprawione:)
4:55 pm - nadal w korku. Mamy jakieś 3 mile do lotniska, ale stoimy w miejscu, wszyscy kierowcy uśmiechnięci, zadowoleni z życia. SERIOUSLY?!
Chwilę później biegniemy już w stronę stanowiska naszych linii lotniczych.
Lecimy w trójkę - Josefin ze Szwecji, która będzie mieszkać 5 min drogi ode mnie i Alicia z Francji, której rodzina mieszka godzinę drogi od Menlo Park.
Wszędzie słyszymy to samo: jest za późno na odprawę, nie polecicie tym samolotem.

No i fajnie.

5:30 pm - podejmujemy decyzję, by ostatni raz  spróbować dostać się na pokład. Znajduje się ktoś życzliwy, kto nam pomaga, lecz nie obiecuje, że nasze bagaże polecą razem z nami. Już tęsknię za moimi butami.
Odprawa trwa ekspresowo, Alicia ma spory nadbagaż. Kto by się tym przejmował?!
Biegniemy na kontrolę bezpieczeństwa. Laptopy z walizek podręcznych, paski od spodni, rzucamy telefonami, ludzie patrzą na nas z uśmiechem, stoimy w ekspresowej kolejce, jest 5:47 pm!!!!!!!
Puszczamy się biegiem przez lotnisko do naszego wejścia. Myślę, że ustanowiłyśmy rekord na krótkim dystansie. Sorry Bolt!
Nie wiem co, lub kto w mojej głowie podpowiada mi, bym sprawdziła na tablicy nasz gate.
OCZYWIŚCIE ZMIENIONY. Stoimy pod 34, odlatujemy z 22. Znowu biegniemy. Gdzie jest mój złoty medal olimpijski?!
Kiedy ustawiamy się przy taśmie, dyszę ciężko, spoglądając na swoje współtowarzyszki. Uśmiecham się niepewnie i za kilka sekund wybuchamy gromkim śmiechem. Stewardessa, która będzie z nami lecieć, informuje nas, że lot jest opóźniony.
Dzięki!

Kiedy wchodzimy na pokład, widzimy jak obsługa lotniska podjeżdża z naszymi walizkami. Moje buty lecą ze mną! Opóźnienie spowodowane jest nami. Hihihihi :D
Udaje nam się zmienić miejsca na pokładzie i siedzimy obok siebie.
Lot miał trwać prawie 7h, skończyło się na 5h30min nie pytajcie dlaczego, nie wiem:)

I o ile podróż z Polski do USA był przyjemnością samą w sobie, o tyle tę zaliczam to dramatycznych. Turbulencje tak mocne, że idąc do łazienki, poleciałam na ziemię jak długa, mój żołądek był bardzo niezadowolony z tego, co dzieje się w danej chwili. Byłam potwornie zmęczona, kolejna zmiana czasu, a ja nawet nie zdążyłam przywyknąć do tego, który mieliśmy w NYC. Dramatycznie mało miejsca na nogi, cholernie zimno w samolocie, koc, który elektryzował tak, że strzelałam prądem przez dobre kilka godzin. Godzinę przed lądowaniem dałam sobie mentalnie w twarz.
Przestań marudzić.
Przestałam:)

Podczas lotu doświadczyłam podróżowania w czasie! Coś niesamowitego. Czas nowojorski na moim telefonie tuż po wylądowaniu wskazywał 01:15 data: 08/14/15. Wyłączyłam tryb samolotowy, by telefon uaktualnił swoje położenie - data: 03/13.15, godz. 10:15 pm!!!! Jaki czad:D

San Francisco póki co widziałam w nocy z lotu ptaka i już wtedy zrobiło na mnie wrażenie - czekam na wolny weekend o który naprawdę trudno (ciągle coś robimy) i wtedy wybiorę się do miasta ulic schodzących ku zatoce, by spełnić swoje kolejne marzenie.

Kiedy wyszłyśmy z samolotu i zaczęłyśmy kierować się po odbiór naszych walizek,zaczęłam stresować się spotkaniem z moją host mom i jej córką. Zupełnie niepotrzebnie, ale czasem muszę zrobić małe emotional drama..;)
Kiedy chciałyśmy wejść na ruchome schody, ktoś krzyknął moje imię. Serce przyspieszyło i nic więcej nie widziałam, bo różowa sukienka zakryła mi twarz i nie wiedzieć dlaczego strasznie się rozpłakałam.. Bukiet kwiatów, plakat z napisem "WELCOME MARTA", odciśnięte na nim dłonie, bardzo miło!


Droga do Menlo Park przebiegła szybciutko, po 20 minutach byłyśmy na miejscu. Mój mózg pracował na najwyższych obrotach, przy jednoczesnym wyczerpaniu całego ciała. W Polsce świtało, tutaj kończyliśmy dzień.

Pierwsze trzy dni to był dramat. Muszę to powiedzieć. Poza oczywistą euforią, że NARESZCIE TU JESTEM, dopadł mnie paskudny jet lag.
Jeśli kiedykolwiek jeszcze powiem, że: "Jet lag? nieee mnie to nie dotyczy!", błagam dajcie mi w twarz:) Chodziłam i wyglądałam jak zombie. Było, minęło!

Moja miejscowość jest urocza i jest przykładem typowych amerykańskich, bogatych przedmieść. W Menlo Park swoją siedzibę znalazł Facebook, niedaleko nas jest kwatera główna Google, Apple, Tesla. Prawdziwa Dolina Krzemowa. Dwa kroki ode mnie mieszka COO Facebook'a, a większość ludzi tutaj pracuje właśnie dla wyżej wymienionych firm. Przez jakiś czas w miejscowości Palo Alto, czyli jakieś 5 minut ode mnie mieszkał Elon Musk - polecam o nim poczytać;)
Przez pierwsze półtorej tygodnia przepracowałam może łącznie 10 godzin. A praca ta wyglądała tak, że głównie siedziałam w basenie, bawiłam się z psem i poznawałam swoje miasto. W tym tygodniu jest podobnie, dodatkowo jednak spędzam wolny czas na bieganiu, jeździe na rowerze i nauce na egzamin na prawo jazdy. Tak. Musiscie wiedzieć, że w Californii można jeździć na międzynarodowym prawie jazdy tylko miesiąc, potem zaczynają się kłopoty. Dlatego studiuję "Driver Handbook" i mózg mi się lasuje od angielskiego.

Na koniec zostawiłam najlepsze. Najlepsze dla mnie;)
Przed przyjazdem tutaj miałam ogromne problemy z angielskim. Chodziłam na kursy, znałam język, a jak przychodziło do rozmowy w nim - cisza. Zamykałam się na cztery spusty i żadna siła nie była w stanie mi pomóc. Co mogę powiedzieć po prawie 3 tygodniach w USA?
Mój angielski wskoczył na wyższy, nieznany mi dotąd poziom, przestałam myśleć "jak to powiedzieć ładnie i poprawnie", a zaczęłam to robić. Uczę się codziennie, poznaję nowe słowa, moja host mom jest bardzo wyrozumiała i wszystko mi tłumaczy, literuje te wyrazy, których wcześniej nie znałam i zdecydowanie zwolniła tempo mówienia, bo oni tutaj nie mówią szybko, oni po prostu urządzają wyścigi w ilości wypowiedzianych słów na minutę;)
Dzisiaj brak zdjęć, prócz tego jednego, nie mogę Was za bardzo rozpieszczać, ale uwierzcie, że szykuję coś naprawdę fajnego, poza tym gaduła ze mnie i chcę Wam "opowiedzieć" jak mi tutaj.

Stay tuned! :)

wtorek, 25 sierpnia 2015

NYC tour c.d.

Ile ekspresji w tym filmiku, co nie? :D (polecam otworzyć na laptopie!)
Musicie wiedzieć, że zawsze marzyłam by pojechać do Nowego Jorku. Te wszystkie sceny filmowe rozgrywane na Times Square, mój ulubiony serial "Przyjaciele", Statua Wolności, wspaniały prezent Francuzów dla obywateli Ameryki, Empire State Building, słynna 5th Avenue, Madison Square Garden, St. Patrick's Cathedral (tak tak, to tutaj Carrie Bradshaw miała wziąć ślub :D)
Można tak wymieniać bez końca.

Będę trochę "skakać" między datami i wydarzeniami, musicie mi wybaczyć:)

Kiedy wyszłam ze spotkania w sprawie wizy, łzy powoli zaczęły spływać po moich policzkach. Niesamowita radość. Mimo, że mówili, że to formalność, zawsze pozostaje nutka niepewności.
Wędrując w stronę Sukiennic w Krakowie uderzyła mnie jedna myśl - za miesiąc z małym kawałkiem spełnię swoje marzenie. Zalała mnie taka fala ciepła i czystej radości.
Szczerze polecam każdemu doświadczyć takich uczuć.

Wracam do Nowego Jorku!
Mamy w naszym słowniku wiele słów określających to, jak wspaniale się czujemy.
Ale jedno, uznawane za wulgarne gościło nieustannie w naszych rozmowach z innymi au pair.
Tu jest zajebiście.
To jest zajebiste.
Ludzie są zajebiści.

Może to proste, powierzchowne. Nie dbam o to. To słowo jest dla mnie soczyste, zawiera w sobie wszystkie te emocje, które odczuwałam będąc w NYC.
Tutaj słychać to dokładnie:D


video

Ta toshiba którą chciałam Wam pokazać to słynna opadająca kula na Times Square. Co roku w Sylwestra kula opada i "odmierza" czas który pozostał do przywitania kolejnego nowego roku. Polecam poczytać w internecie o tym:)
Troszkę widoczków z Top of the rock:

Wjazd na 72 piętro :O


No i cała masa szczękozbieraczyzpodłogi :)



Po wyjściu z Rockefeller Center miałyśmy znowu trochę wolnego. Udałyśmy się zatem przed główne wejście budynku, które wraz z końcem października zamienia się w lodowisku znane nam wszystkim z amerykańskiego kina, by z końcem marca przeistoczyć się w ogródek pełen kawiarnianych stolików.
Pewnie się domyślacie, że jedną z rzeczy które chcę zrobić w USA, jest jazda na łyżwach właśnie w tym miejscu:)

Chwilę później poszłyśmy w kierunku Katedry św. Patryka, która była dosłownie tuż za rogiem. WOW!
I tak. Nowy Jork pełen jest słynnych żółtych taksówek. Najpopularniejszy model to Ford Crown Victoria, który można coraz rzadziej spotkać na nowojorskich ulicach, ponieważ wypierany jest przez Toyotę PRIUS, udało mi się go na szczęście uchwycić:)


Kolejnym punktem było słynne Times Square. Miejsce prawdziwie amerykańskie, pełne reklam, które tu uwielbiają, zatłoczone, głośne, kolorowe.
Kiedy tam jesteś, widzisz trochę jak przez różowe okulary, czujesz, że naprawdę możesz wszystko.
Ja tak czułam.
Czułam tam, że jestem tu i teraz. Nieważne co za mną, co przede mną, chłonęłam Nowy Jork całą sobą i wiedziałam, że w tym momencie, nie chcę być w żadnym innym miejscu na ziemi, wiedziałam, że decyzja jaką podjęłam była trafna, wiedziałam, że robię dobrze, w końcu wiedziałam, że jestem tam, bo sama na to zapracowałam.

Na Times Square miałyśmy chwilę wolnego. Krążyłam to tu, to tam, wpadłam do M&M's factory:
I oczywiście zrobiłam sobie fotkę ze słynnymi NYPD.
Pozowanie do zdjęć mają chyba w umowie o pracę, bo stali tam cały czas, uśmiechając się i żartując ze wszystkimi. I tak. To byli prawdziwi policjanci:)


Po wizycie na Times Square pojechaliśmy w dół Manhattanu.Mijaliśmy Madison Square Garden - kiedyś przyjadę tu na mecz!
 Byliśmy w Greenwich Village, dzielnicy znanej m. in. z serialu "Przyjaciele", zaczęło się robić ciemno, kiedy pojawiliśmy się w okolicach WTC.
Kiedy mijaliśmy miejsce katastrofy zdałam sobie sprawę, jak blisko dzielnic mieszkalnych miała miejsce tragedia, jak wiele osób cudem uniknęło śmierci. Jedyne miejsce, które wzbudziło we mnie nie podziw i zachwyt, lecz skłoniło do krótkiej refleksji.
Zaraz po tym udaliśmy się na brzeg rzeki Hudson, by zobaczyć Statuę Wolności.
Musicie wiedzieć, że Statua znajduje się na Liberty Islands, tuż za nią znajduje się Ocean Atlantycki, nie mieliśmy niestety czasu by tam popłynąć, ale mam to na swojej liście "to do in USA" zatem nic straconego!;)
Statua wolności była darem Francuzów dla Amerykanów w ramach przymierza obu narodów podczas walk o niepodległość USA. Z  tego co pamiętam, a mogę się mylić, Statue of Liberty dzierży w swojej dłoni tablicę, na której wyryta jest data upamiętniająca uzyskanie przez USA niepodległości, czyli 4 lipca 1776 (pisząc to nie zerknęłam do Wikipedii, serdeczne podziękowania dla nauczycieli historii, których spotkałam na swojej ścieżce edukacji!) Ale Wam polecam poczytać, bo to bardzo ciekawe, no i rozwijające :)

To małe świetliste w tle, to właśnie Statua Wolności. Kiedyś będę bliżej;)

Kończy się nasza wycieczka po NYC.
Zmęczone nie możemy długo zmrużyć oka. Ja zasypiam tuż po tym jak wyjeżdżamy z samego centrum Manhattanu.
Śnię o kolorowych telebimach na Times Square, widoku z Top of the rock i poklepuję się po ramieniu, mówiąc: Hej, szykuj kolejną listę marzeń:)



Stay tuned!
Komentujcie, będę wiedzieć wtedy co zmienić, a co nie, Martynka zasugerowaławięcej zdjęć - oto one. Fotograf ze mnie żaden, do tego wszystko robię z pomocą telefonu, wybaczcie kiepską jakość.
Podoba się?